Wolność... Sataniści z Norwegii, thrashowi milionerzy wyśpiewujący na bis piosenki, których znaczenia już nie pamiętają, nastolatki z Sofii, stojące w karnym szeregu po autografy, wydające ostatnie grosze na albumy, których produkcja i promocja pochłonęła solidne budżety. Wolność miliona. I wolność milionów w tych paru chwilach pierwotnej ekstazy. Jaskiniowcy nie prowadzą walki klas. Jaskiniowcy czczą pioruny i światła stroboskopów.
*
Którejś z bezsennych nocy obejrzałem dokument poświęcony różnym gatunkom muzyki metalowej: Heavy metal, historia muzyki metalowej. W zamierzeniu dokument miał być apologią, ale nic tak źle nie robi oskarżonemu, jak marny obrońca (w tej roli narrator).
Po obejrzeniu całości, a jestem fanem metalu od około dwunastego roku życia, wpadłem w konfuzję: po cholerę udowadniać, że metal to muzyka dobra i do dziecinnego pokoju, skoro co chwilę mimowolnie, jakby przez roztargnienie, niefrasobliwość albo pryszcze na tyłku dowodzi się czego innego. Ostatecznie okazuje się, że cholera ze wszystkim, my się dobrze bawimy, nic wam do tego, nie przeszkadzajcie, fuck yeah! Zaś podpalenia kościołów w Norwegii i krwawe porachunki na tle ideowym, fanatyczny duch antychrześcijaństwa to co najwyżej pożałowania godny wypadek przy pracy, sprawa klimatu albo historii, a nie logiczna konsekwencja jednej z możliwych wariacji na temat.
Nie wiem, czy skandynawscy sataniści spod znaku blackmetalu (jeden z nich dał mi swego czasu asumpt do napisania tekściku „Dłuższa notka o zabijaniu”) już się znudzili diabłem, czy się ustatkowali, znergalizowali, czy dalej warzą sobie piwo do wypicia po tamtej stronie rzeczywistości. Część z nich, jak się zdaje, pojmowała szatana w prometejski, czy romantyczny sposób: jako tego, który uzależnionej od bóstw/bóstwa ludzkości przynosi oswobodzenie. – Szatan to wolność – powiada we wzmiankowanym filmie jeden z odpytywanych przez narratora blackmetalowców. Wolność nadludzi... Tu pastor spalonego kościoła dopowiada: satanizm to religia elitarna, religia silnych, nie słabych i ułomnych. Silnych siłą świata, dodajmy dla jasności.
Gdy przyjrzeć się biografiom sporej części muzyków metalowych, którzy z czasem znaleźli się na Olimpie sławy i dostatku, okaże się, że ich część pochodziła z ubogo, lub skromnie żyjących (rozbitych) rodzin. Przykład pochodzących z robotniczej dzielnicy Birmingham muzyków Black Sabbath będzie doskonały. Historię swojego skromnego dzieciństwa opowiada także w w swej biografii Dave Mustain, od lat lider Megadeth. Muzyka, talent, łut szczęścia, show biznes dał pryszczatym smarkaczom ze skłonnościami do nadużywania alkoholu, narkotyków i panienek przepustkę do lepszego świata. Oczywiście, nie tylko muzycy metalowi wraz z przepustką do lepszego życia odbierali talony na parszywą śmierć. Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda – by zacytować utwór klasyczny, choć nie thrash metalowy. Niech żyje jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty nieudany odwyk, gnijące ciała i sekcje zwłok, malowniczo jak na okładkach Cannibal Corpse. Niech (nie) żyje Curt Cobain. Smells like corpse spirit... Ale kto przeżył i wspiął się dostatecznie wysoko ma posiadłości, limuzyny i różne sympatyczne rzeczy, których istnienia można się tylko domyślać, ale z pewnością dzięki triumfom neoliberalizmu w XXII wieku będą w każdym domu i zagrodzie (żarcik taki).
I gdzie tu walka klas? Jest, czy jej nie ma? – zapyta ktoś czujnie. W kolejną z bezsennych nocy (Jaka to melodia? Ano, Sleepless night) przypomniałem sobie kilka koncertów thrashowych, na czele z „The Big Four”: Bułgaria, Sofia. Wieeeeelki hotel w Sofii, muzycy wprost z apartamentu wyprowadzani do autobusów, backstage, Mustaine przed sporą szafo-lodówką z napojami chłodzącymi, gigantyczny, rozrywkowy przemysł, bogowie metalu, tłumy wyznawców (tak, też jestem wyznawcą tej muzyki), ekscytacja, ciary na plecach gdy Wielka Czwórka odśpiewuje razem „Am I evil?”. ...Yes, I am. – „In the name of heavy metal” – powiada James Hetfield. W imię heavy metalu i dla baaaardzo dużej kasy, dobrzy ludzie pod sceną... I wiekowy cover, utwór Diamond Head rozbrzmiewa w blasku jupiterów.
No tak, bo Metallica w zamierzchłych czasach bardzo lubiła covery, szczególnie punkowych zespołów. Choćby takiego The Misfits (prekursorzy horror punku). Kto z fanów muzy nie zna uroczego szlagieru „Last caress/Green hell”: „I got something to say/ I killed your baby today/ And it doesn't matter much to me/ As long as it's dead./ I got something to say/ I raped your mother today/ And it doesn't matter much to me/ As long as she's spread”. I tak się zastanawiam, czy to tylko horror, czy wściekłość buntu? I co by było, gdyby pogujący tłum któregoś pięknego dnia zapragnął rozpieprzyć te barierki i zamiast tiszirtów, pałeczek i zaszczytu bezpłatnego bzykania przez gwiazdę zażyczył sobie czegoś więcej? Ale to oczywiście mało prawdopodobne. Zresztą, odkąd wymyślono free downloading, z którym walczy się pół żartem, pół serio, można (roz)pierdolić system kilkoma kliknięciami na klawiaturze podłączonego do Sieci sprzętu. Choć i w tym jest jakaś forma uniżonego poddaństwa: God save the file!
Powie ktoś przytomnie, że thrash metal i pokrewne gatunki nie był nigdy Muzą rewolucjonistów. Nie to, co punk. Metal jest/był/bywał z reguły czymś w rodzaju marksowskiego opium ludu: ucieczki w krainę fantazji, magii, egzystencjalnych cierpień thrash metalowych Werterów; jak łatwo było przejść od plakatu z He-Manem do posterów Manowar... Chłopcy z Birmingham zamiast walki klas wybrali okultyzm, nad Marksa przekładali Alaistera Crowleya, itd., itp. Jeśli strach i gniew, to na religię, bomby atomowe, wojny totalne, szeroko rozumianą dehumanizację. Ale owszem, owszem, tu i ówdzie zjawiali się społeczni, klasowi buntownicy, pojawiły się krzyżówki, odmiany stylów, różne grandże, rejdże przeciw maszynie, bajo-bongo-hazardy, systemofedałny, Body Count z pytaniami o prawdę i sprawiedliwość na tle rasowym, itd. Bo i na tym, ostatecznie, dało i da się zarobić.
Wolność... Sataniści z Norwegii, thrashowi milionerzy wyśpiewujący na bis piosenki, których znaczenia już nie pamiętają, nastolatki z Sofii, stojące w karnym szeregu po autografy, wydające ostatnie grosze na albumy, których produkcja i promocja pochłonęła astronomiczne budżety. Wolność miliona. I wolność milionów w tych paru chwilach pierwotnej ekstazy. Jaskiniowcy nie prowadzą walki klas. Jaskiniowcy czczą pioruny i światła stroboskopów.
PS. Osobną kwestią jest to, co Naomi Klein w „No Logo” nazwała „metkowaniem muzyki”, czyli zaprzedanie się muzyki/muzyków w służbę globalnego marketingu. Czy to przypadek, że jedna ze scen otwierających koncert DVD „Sonisphere. The Big Four” to przyjemne zaskoczenie muzyków bodaj Anthrax: „Ooo, mają tu Coca-Colę”. Czy to przypadek, product placement, czy radość białego człowieka, że Bułgaria też jest cywilizowanym krajem? Równocześnie, jak zauważa Klein: „muzycy nigdy dotąd tak agresywnie nie rywalizowali z producentami artykułów konsumpcyjnych”. To logiczne, nie można dwóm panom służyć: własnej i cudzej marce.
*
Którejś z bezsennych nocy obejrzałem dokument poświęcony różnym gatunkom muzyki metalowej: Heavy metal, historia muzyki metalowej. W zamierzeniu dokument miał być apologią, ale nic tak źle nie robi oskarżonemu, jak marny obrońca (w tej roli narrator).
Po obejrzeniu całości, a jestem fanem metalu od około dwunastego roku życia, wpadłem w konfuzję: po cholerę udowadniać, że metal to muzyka dobra i do dziecinnego pokoju, skoro co chwilę mimowolnie, jakby przez roztargnienie, niefrasobliwość albo pryszcze na tyłku dowodzi się czego innego. Ostatecznie okazuje się, że cholera ze wszystkim, my się dobrze bawimy, nic wam do tego, nie przeszkadzajcie, fuck yeah! Zaś podpalenia kościołów w Norwegii i krwawe porachunki na tle ideowym, fanatyczny duch antychrześcijaństwa to co najwyżej pożałowania godny wypadek przy pracy, sprawa klimatu albo historii, a nie logiczna konsekwencja jednej z możliwych wariacji na temat.
Nie wiem, czy skandynawscy sataniści spod znaku blackmetalu (jeden z nich dał mi swego czasu asumpt do napisania tekściku „Dłuższa notka o zabijaniu”) już się znudzili diabłem, czy się ustatkowali, znergalizowali, czy dalej warzą sobie piwo do wypicia po tamtej stronie rzeczywistości. Część z nich, jak się zdaje, pojmowała szatana w prometejski, czy romantyczny sposób: jako tego, który uzależnionej od bóstw/bóstwa ludzkości przynosi oswobodzenie. – Szatan to wolność – powiada we wzmiankowanym filmie jeden z odpytywanych przez narratora blackmetalowców. Wolność nadludzi... Tu pastor spalonego kościoła dopowiada: satanizm to religia elitarna, religia silnych, nie słabych i ułomnych. Silnych siłą świata, dodajmy dla jasności.
Gdy przyjrzeć się biografiom sporej części muzyków metalowych, którzy z czasem znaleźli się na Olimpie sławy i dostatku, okaże się, że ich część pochodziła z ubogo, lub skromnie żyjących (rozbitych) rodzin. Przykład pochodzących z robotniczej dzielnicy Birmingham muzyków Black Sabbath będzie doskonały. Historię swojego skromnego dzieciństwa opowiada także w w swej biografii Dave Mustain, od lat lider Megadeth. Muzyka, talent, łut szczęścia, show biznes dał pryszczatym smarkaczom ze skłonnościami do nadużywania alkoholu, narkotyków i panienek przepustkę do lepszego świata. Oczywiście, nie tylko muzycy metalowi wraz z przepustką do lepszego życia odbierali talony na parszywą śmierć. Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda – by zacytować utwór klasyczny, choć nie thrash metalowy. Niech żyje jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty nieudany odwyk, gnijące ciała i sekcje zwłok, malowniczo jak na okładkach Cannibal Corpse. Niech (nie) żyje Curt Cobain. Smells like corpse spirit... Ale kto przeżył i wspiął się dostatecznie wysoko ma posiadłości, limuzyny i różne sympatyczne rzeczy, których istnienia można się tylko domyślać, ale z pewnością dzięki triumfom neoliberalizmu w XXII wieku będą w każdym domu i zagrodzie (żarcik taki).
I gdzie tu walka klas? Jest, czy jej nie ma? – zapyta ktoś czujnie. W kolejną z bezsennych nocy (Jaka to melodia? Ano, Sleepless night) przypomniałem sobie kilka koncertów thrashowych, na czele z „The Big Four”: Bułgaria, Sofia. Wieeeeelki hotel w Sofii, muzycy wprost z apartamentu wyprowadzani do autobusów, backstage, Mustaine przed sporą szafo-lodówką z napojami chłodzącymi, gigantyczny, rozrywkowy przemysł, bogowie metalu, tłumy wyznawców (tak, też jestem wyznawcą tej muzyki), ekscytacja, ciary na plecach gdy Wielka Czwórka odśpiewuje razem „Am I evil?”. ...Yes, I am. – „In the name of heavy metal” – powiada James Hetfield. W imię heavy metalu i dla baaaardzo dużej kasy, dobrzy ludzie pod sceną... I wiekowy cover, utwór Diamond Head rozbrzmiewa w blasku jupiterów.
No tak, bo Metallica w zamierzchłych czasach bardzo lubiła covery, szczególnie punkowych zespołów. Choćby takiego The Misfits (prekursorzy horror punku). Kto z fanów muzy nie zna uroczego szlagieru „Last caress/Green hell”: „I got something to say/ I killed your baby today/ And it doesn't matter much to me/ As long as it's dead./ I got something to say/ I raped your mother today/ And it doesn't matter much to me/ As long as she's spread”. I tak się zastanawiam, czy to tylko horror, czy wściekłość buntu? I co by było, gdyby pogujący tłum któregoś pięknego dnia zapragnął rozpieprzyć te barierki i zamiast tiszirtów, pałeczek i zaszczytu bezpłatnego bzykania przez gwiazdę zażyczył sobie czegoś więcej? Ale to oczywiście mało prawdopodobne. Zresztą, odkąd wymyślono free downloading, z którym walczy się pół żartem, pół serio, można (roz)pierdolić system kilkoma kliknięciami na klawiaturze podłączonego do Sieci sprzętu. Choć i w tym jest jakaś forma uniżonego poddaństwa: God save the file!
Powie ktoś przytomnie, że thrash metal i pokrewne gatunki nie był nigdy Muzą rewolucjonistów. Nie to, co punk. Metal jest/był/bywał z reguły czymś w rodzaju marksowskiego opium ludu: ucieczki w krainę fantazji, magii, egzystencjalnych cierpień thrash metalowych Werterów; jak łatwo było przejść od plakatu z He-Manem do posterów Manowar... Chłopcy z Birmingham zamiast walki klas wybrali okultyzm, nad Marksa przekładali Alaistera Crowleya, itd., itp. Jeśli strach i gniew, to na religię, bomby atomowe, wojny totalne, szeroko rozumianą dehumanizację. Ale owszem, owszem, tu i ówdzie zjawiali się społeczni, klasowi buntownicy, pojawiły się krzyżówki, odmiany stylów, różne grandże, rejdże przeciw maszynie, bajo-bongo-hazardy, systemofedałny, Body Count z pytaniami o prawdę i sprawiedliwość na tle rasowym, itd. Bo i na tym, ostatecznie, dało i da się zarobić.
Wolność... Sataniści z Norwegii, thrashowi milionerzy wyśpiewujący na bis piosenki, których znaczenia już nie pamiętają, nastolatki z Sofii, stojące w karnym szeregu po autografy, wydające ostatnie grosze na albumy, których produkcja i promocja pochłonęła astronomiczne budżety. Wolność miliona. I wolność milionów w tych paru chwilach pierwotnej ekstazy. Jaskiniowcy nie prowadzą walki klas. Jaskiniowcy czczą pioruny i światła stroboskopów.
PS. Osobną kwestią jest to, co Naomi Klein w „No Logo” nazwała „metkowaniem muzyki”, czyli zaprzedanie się muzyki/muzyków w służbę globalnego marketingu. Czy to przypadek, że jedna ze scen otwierających koncert DVD „Sonisphere. The Big Four” to przyjemne zaskoczenie muzyków bodaj Anthrax: „Ooo, mają tu Coca-Colę”. Czy to przypadek, product placement, czy radość białego człowieka, że Bułgaria też jest cywilizowanym krajem? Równocześnie, jak zauważa Klein: „muzycy nigdy dotąd tak agresywnie nie rywalizowali z producentami artykułów konsumpcyjnych”. To logiczne, nie można dwóm panom służyć: własnej i cudzej marce.

0 komentarze:
Prześlij komentarz