piątek, 16 grudnia 2011

O populizmie. Na marginesie rozważań red. Beylina

Całkiem niedawno jedna z krakowskich redakcji (i bynajmniej nie były to PRESSJE) dała mi do zrecenzowania nowe wydanie „18 brumaire`a Ludwika Bonaparte” ze wstępem Marka Beylina, publicysty „Gazety Wyborczej”.

Marek Beylin – to jego dobre prawo – wykorzystał Karola Marksa, by rozprawić się z rodzimymi populizmami. Źródłem pierwszego jest samotność indywidualistów: „obywateli, którzy abdykowali ze swego obywatelstwa, niespecjalnie wierzą w sens wyborów, w pożytek z pilnowania władz, w wartość zaangażowania. W kwestiach publicznych bierni, unikający konfliktów, raczej nieprzygotowani do zbiorowych wystąpień, pielęgnują jednak ducha radykalizmu, tyle że jest to radykalizm samorealizacji”. Uciekają w siebie, stają się aspołeczni, zezwierzęceni – przypomnijmy, że dla Arystotelesa poza społeczeństwem trwali tylko bogowie i zwyrodnialcy (przestępcy).

Źródłem drugiego jest tęsknota za silnym państwem. Tu nosicielami populizmu stają się ludzie pod Pałacem Prezydenckim (idzie zapewne o Solidarnych 2010), Radio Maryja (i jego słuchacze), Prawo i Sprawiedliwość (i jego zwolennicy): „ludzie ci chcą państwa władczego i zideologizowanego, ale w gruncie rzeczy pragną, by państwo zaradziło ich brakowi komfortu życia, indywidualnemu nieprzystosowaniu do współczesności”.

Tymczasem – dla Beylina – jedyną pewnością w życiu społecznym jest i powinna być niepewność. I tego rzekomo uczy się redaktor „GW” od Marksa.

Nie trzeba oczywiście wnikliwego marksisty, by uznać, że to nieporozumienie. W końcu największą tęsknotą Marksa było to, co nazwano „świeckim eschatonem”: utopia komunistycznego, ostatecznego porządku, „skok do królestwa wolności”, co do której Bakunin obawiał się, że zrealizuje „koszarowe państwo”. Anarchista miał rację. Tu dygresja: towarzysze z KPP mieli za złe Broniewskiego, że napisał wiersz o Bakuninie, wiersz o „heretyku”, zbuntowanym przeciw marksowskiej doktrynie i wykluczonym z Międzynarodówki Komunistycznej.Nie chcieli Broniewskiemu drukować tego wiersza. Koszarowe społeczeństwo poprzedza bowiem zawsze koszarowe myślenie. Tępymi kapralami mogą przecież być nie tylko żołdacy, ale także członkowie partii, albo dziennikarze.

Zostawmy jednak Marksa, Bakunina i tragicznego pijaka, Broniewskiego. Wróćmy do red. Beylina i jego wstępu dla publikacji wydanej nakładem „Krytyki Politycznej”, jedynego bodaj w Polsce pisma na lewicy, które uniknęło ze strony „GW” oskarżeń o populizm i tym podobne, nieprzyjemne przypadłości.

Cóż, nie sposób odmówić racji Beylinowi: zarówno skrajny indywidualizm, jak tęsknota za omnipotencją państwa mogą być i bywają zarzewiami populizmu. I zbyt wiele mamy przykładów, jak łatwo rozniecić w tłumie demagogiczne nastroje. Ale tu przecież więcej ma do powiedzenia Le Bon, niż Beylin.

Rozumiem jednak, że nie o nastroje tłumu tu idzie. I nie wyłącznie o niechęć redaktora do Radia Maryja, PiS i Solidarnych 2010. Raczej o niechęć o tych, którym wciąż nie podoba się w III RP i którym nie przypadły do gustu wszystkie te ładne opowieści na jej temat, jakie od lat serwuje nam neoliberalna gazeta, korzeniami sięgająca – o paradoksie – solidarnościowego, korowskiego etosu. Choć, nie ma się co oszukiwać, nawet piękna legenda „Solidarności” i KOR nie jest tak piękna, gdy przyjrzeć się jej z bliska.

Redaktor Beylin pisze o populizmie w Polsce i ani razu nie wspomina Andrzeja Leppera. To dziwne, bo to ten tragicznie zmarły polityk był zwyczajowo Czarnym Ludem, wychodzącym w ciemną noc z szafy, by tumanić i przestraszać oseski III Rzeczpospolitej. Dlaczego brak zatem Leppera w beylinowej wyliczance? Może go przeoczyłem? Może przez szacunek dla zmarłego? A może dlatego, że uruchomienie jeszcze jednego, ekonomicznego kontekstu związanego z populizmem psuło by całą, dość prostą konstrukcję? Pokazywałoby średnio rozgarniętemu lewicowemu czytelnikowi, że odpowiedzialność za ów „populizm” i sposoby definiowania go (oraz orzekania, co jest, a co nie jest populizmem) ponoszą nie tylko słabi, pełni resentymentów ludzie? Że frustracja, rozczarowania, wściekłość, poczucie bezradności nie są same w sobie ani populistyczne, ani zawinione jedynie przez „zarażonych” nimi ludzi. Że nie tak łatwo przeciwstawić sobie „wyklęty lud ziemi” i „moherowe berety”. Że wreszcie łatwiej dziś być jednak „zrewoltowanym indywidualistą”, szczególnie w manierze nowolewicowej, niż zwykłym, wkurwionym na świat mieszkańcem bylejakiego miasteczka w bylejakiej części Polski, gdzie jedyną alternatywą jest wciąż: „wegetuj albo emigruj”, albo oblizuj się ze smakiem, patrząc na dostatnie życie lokalnej sitwy.

Nic to jednak. I tak jestem wdzięczny redaktorowi Beylinowi. Lektura jego eseju przypomniała mi na nowo, dlaczego radosna narracja a la „Gazeta Wyborcza” tak dobrze się sprzedaje. Jak każdy inteligentny populizm w wersji soft.

0 komentarze:

Prześlij komentarz